19.06.2025

„Jakże chciałbym zobaczyć
Między kwiatami o świcie
Twarz Boga.”
Basho
19 stycznia 2025, niedziela
Pobudka 4.50, bo 5.50 jesteśmy umówieni na wyjazd do świątyni Ta Prohm.
Została ona założona na przełomie XII i XIII w. przez króla Khmerów, Dżajawarmana VII, który zadedykował ją swej matce. Znamy ją, oczywiście, z kadrów filmu „Lara Croft: Tomb Raider”.
Chcemy być tam wcześniej, przed innymi turystami, a świątynie otwierają już o 6.00.
Czemu tego nie wykorzystać? Rano wszystko budzi się pięknie do życia, cały las rozśpiewany.
Ruszamy jeszcze w ciemnościach. Tylko księżyc nam bratem. Jest 17 stopni, ale w tuk tuku odczuwalna niższa, więc kurtki na podróż.
O…zaczyna się czerwone niebo. Mam wrażenie, jakby czas tu płynął szybciej.
6.17 jesteśmy na miejscu. Wschodnie wejście, jak ostatnio.
Pusto!!! Jak chcieliśmy!
Tylko pan strażnik przyjeżdża za nami, by sprawdzić bilety😉Umawiamy się z panem tuk tukiem na powrót o 11.30.
Szerokim traktem, tylko my…ptaki cudnie nam akompaniują.
6.30 jesteśmy pod świątynią. Jeszcze nie oświetlona przez promyki słońca, to za moment…
Przylatują znów dwa dzioborożce, te mniejsze. Ale tylko na chwilę. Sóweczka w tym samym miejscu.
Wchodzimy do środka świątyni, kręcę filmy, bez ludzi, ach jak cudnie, wśród drzew kapokowych.
Czujemy jej klimat. Najpiękniej o Angkor pisze Jacek Pałkiewicz w książce „Angkor” i w zapiskach na swej stronie:
„Parne powietrze przesiąknięte intensywnym zapachem butwiejącej roślinności przyprawia o zawrót głowy. Korony drzew tworzące naturalny baldachim nad okazałym sanktuarium zapewniają mi schronienie przed krótkotrwałą tropikalną ulewą. Oplątany pajęczynami podziwiam poprzez firankę z pnączy destrukcyjną siłę potężnych korzeni, które zdołały przebić masywne ściany galerii, podczas gdy długie, twarde pędy dławią leżący na ziemi posąg apsary, powabnej niebiańskiej tancerki w zmysłowej pozie. Nieco dalej olbrzymi konar ceiba pentandra obejmuje w swoich destrukcyjnych kleszczach mroczny krużganek, inne drzewo o jasnej połyskliwej barwie przygniata portyk, kolejne pochyla swoim ciężarem starożytny mur. Dalej nadziemne blade korzenie figowca, niczym monstrualna kalamarnica oplatają pilastry. Jego macki wciskają się w szpary rozsadzając wielkie omszałe kamienie, zielonkawy nalot pleśni pokrywa galerię plastycznych reliefów przedstawiających obrazy z codziennego życia odległych czasów.
Osobliwe, przepełnione elektryzującą atmosferą piękno dramatycznego pojedynku sił drapieżnej przyrody z dziełem geniuszu człowieka, splecionych w tragicznym uścisku, wywiera hipnotyczne wrażenie wzbudzając niezwykłe doznania estetyczne. Z pewnością tak samo półtora wieku temu odbierał tę orientalną baśniową scenerię Henri Mouhot, kiedy odkrywał dla świata świątynie Angkoru w Kambodży.”
Jest godz. 7.47. Notuję już kilka osób w świątyni.
Tak tu jest. Poranne wstawanie popłaca. Wokół nas sóweczki, nieustannie je słyszymy.
Za chwil kilka zaczyna się mocno kontrastowe światło…
8.15 wychodzimy ze świątyni. Tłumy nadciągają!
Idziemy bokiem. Spotykamy skakuna. Kolejny, trochę inny😊 Ale nie tak duży…
Ruszamy do bocznej bramy. Nigdy tu nie byliśmy. Droga za bramą dość szeroka. Obok wąska droga asfaltowa, dla pojazdów. Ruszamy nią kawałek i dochodzimy do łąki. Znów sóweczka! Blisko nas!
Tomek patrzy na mapy. Jesteśmy już w gęstym lesie Angkoru!
Ziemia sucha, popękana. Wchodzimy ścieżką w głąb, a co! Piękne gęstwiny…
Dalej kolejna łąka, na którą wychodzi Tomek. Ja zostaję w lesie i nagle spadają na ścieżkę dwa ptaki. Kawałek ode mnie. Szybko odlatują na boki. Bez zdjęcia. Kto to był? Tłukły się? A może jakieś młode?
Czyj duch?
Ktoś kuka jak kukacz. I znów słyszymy sóweczki.
O 10.00 modliszka na pierwszej łące. Potem jeszcze kolejna, mniejsza.
Wracamy do asfaltu i drogi. Jest i druga brama, utrzymana w lepszej kondycji. Jest i strażnik, który sprawdza nam bilety.
Na bramie znajdujemy małe jajka. Czyje?
Dochodzimy z powrotem do świątyni. Siadamy na ławeczce przed. Tłumy Chińczyków. My jemy, gdy przybiega kogut z panią kurką. Proszą się, zaglądają, czy coś nam spadnie z okruszków.
Po przerwie szukamy skakunów. W tłumie ich już nie ma. Zbyt tłoczno?
Naprawdę teraz już są kolejki. W świątyni wąskie przejścia, zatory przy słynnych obrośniętych drzwiach…
Nic tu po nas!
11.30 wychodzimy zachodnią bramą. Jeszcze toaleta (w całym kompleksie infrastruktura jest doskonale zorganizowana). O 12.00, wracając, wstępujemy na targ po mango, banany i smoczy owoc.
Skwar, że hej!
Jedziemy prosto do Battambang Restaurant. Kilka dni tu nie byliśmy. Ale co to? Przybytek zamknięty! Mają wolne w niedzielę. I dobrze!
Pan zostawia nas na Wat Bo i idziemy do Wietnamczyka. Tomek bierze pad thai, a ja thai red curry z krewetkami. Pycha! Mocno czosnkowe!
12.50 jesteśmy po jedzeniu.
Upał, upał.
W domu kąpiel i 13.45 siadamy z kawą na tarasie, by trochę popracować. Nie czujemy się senni. Aklimatyzacja.
Potem obrabiamy zdjęcia.
17.40 ruszamy na night market na drobne zakupy.
O 19.00 jesteśmy umówieni z Sobenem i jego rodziną na grilla.
Jemy pyszne owoce morza, snujemy opowieści z ostatniego roku.
Wracamy po 21.00.
Jeszcze telefony do rodziny i powoli dobranoc. Dziś był długi dzień!
Jutro rano praca, dziennik, a o 13.30 jedziemy znów do Preah Khan nad wodę i do świątyni😊
Autor tytułowej fotografii: Tomek Mrozek























Komentarze(0):