18.12.2025

„To są Chiny. Człowiek nie ma zbyt dużej kontroli za życia.
Po śmierci nie ma też kontroli nad własnym nekrologiem.”
Liao Yiwu
26 lipca 2025
Jesteśmy w Xi’an.
7.30 zbiórka na śniadanie. Na bogato! Są kucharze, serwujący zupy, jak u nas w kantynie, ale i europejskie dania, jajka w różnych wydaniach, z dodatkami. Są i pampuchy, pierogi, bułki, francuskie ciasta, ryże zapiekane, warzywa, owoce. Biorę zupę, mleko sojowe, morning glory i melona na gorzko (trochę średni), jajeczną babkę, arbuza i smoczy owoc.
Idziemy do metra, jedziemy kilka stacji na przystanek autobusowy, skąd odjeżdża miejski do Terakotowej Armii.
10.10 czekamy na autobus 5 (306). Będzie 10.20. Jedziemy 1 godzinę 10 minut, koszt to 7 juanów.
Na przystanku dołącza młody Australijczyk, Jerry. Od razu rozpoznaje europejskie rysy i w kilku słowach już wiemy, że zmierzamy w tę samą stronę. Chłopak jest z Perth. Mówi, że podróżuje, by poznać świat naprawdę, bo zewsząd płyną nieprawdziwe informacje, stereotypowe stwierdzenia, np. na temat Chińczyków. I on to wszystko teraz weryfikuje. Opowiada, że był wcześniej w Wietnamie i Kambodży. Rozmawiamy o trudnej tam teraz sytuacji wojny z Tajlandią…przybija nas to strasznie…nasi przyjaciele publikują w FB posty o propagandzie tajskiej. Ufamy, że wkrótce się to jednak pokojowo zakończy. (Dziś już wiemy, że konflikt eskaluje…)
Docieramy do celu i razem udajemy się do muzeum. Przed nami 3 budynki, w których zgromadzone są wykopaliska.
„Figury grobowe żołnierzy i koni” – zbiór ok. 8,1 tys. figur naturalnej wielkości, wykonanych z terakoty (wypalonej gliny), przedstawiających żołnierzy, oficerów i konie znajdujących się w grobowcu chińskiego Pierwszego Cesarza Qin.
Według wierzeń, Terakotowa Armia miała strzec cesarza i pomóc mu odzyskać władzę w życiu pozagrobowym.
Figury ustawione są w rowach w szyku bojowym, są to naturalnej wielkości (od 1,62 do 2,02 m) postaci piechurów, łuczników, kuszników, generałów, urzędników, akrobatów, muzyków, tancerzy, medyków i pracowników cywilnych. Oprócz ludzi w mauzoleum znajdują się figury zwierząt, m.in. koni pociągowych, wierzchowców, bocianów, żurawi oraz kaczek. Są też wojskowe wozy i karoce, żołnierze byli wyposażeni w dużą ilość autentycznej broni z brązu, w tym mieczy oraz grotów włóczni i strzał.
Rzeźby żołnierzy mają zindywidualizowane rysy, pierwotnie wszystkie figury były pomalowane w kolorach jasnoczerwonym, niebieskim, różowym i złotym. Kolory zachowały się do czasu odkrycia w 1974 roku, jednak pod wpływem powietrza barwy zaczęły stopniowo zanikać, niektóre w kilkanaście sekund. Każdy żołnierz ma charakterystyczną rangę wojskową i właściwą dla jego jednostki broń.
Z trzech sektorów, w których odnaleziono glinianą armię, największym jest ten opisywany numerem 1. Znajduje się w nim kompletny pułk piechoty, liczący 3210 żołnierzy, w tym 200 kuszników i łuczników. Wyposażeni zostali w różnego rodzaju prawdziwą broń (wykonaną z drewna i brązu) i 6 wozów bojowych, każdy zaprzężony w parę glinianych koni. Sektor 2 (odkryty w 1976 r.) zawiera oddział kawalerii i oddziały pomocnicze, natomiast w sektorze 3 (odnaleziony kilka tygodni po drugim) znajduje się prawdopodobnie dowództwo glinianej armii.” (Wikipedia)
My zaczynamy zwiedzanie od muzeum i od mniejszych sektorów, 2 i 3, a 1 zostawiamy sobie na deser. Najpierw poznajemy historię, przyglądamy się z bliska każdemu wojownikowi, który umieszczony jest, w naturalnych rozmiarach, w gablotach.
„Pierwszy cesarz Chin zapragnął mieć armię, która będzie go broniła w zaświatach. Dlatego też chińscy rzemieślnicy wykonali replikę armii z wypalonej gliny (terakoty). W 210 r p.n.e. w trakcie pogrzebu cesarza, cała armia została umieszczona w korytarzach prowadzących do grobowca. W budowę kompleksu było zaangażowanych 700 tys. ludzi, którzy po skończonej pracy zostali zabici.”
Robią na nas niesamowite wrażenie. 210 rok p.n.e. Niezwykły kunszt, szczegóły, a jeszcze, gdy wyobrazimy sobie kolory, które uległy degradacji po odkryciu wykopalisk…
W muzeum rozdzielamy się z Australijczykiem, bo każdy wędruje innym tempem. Musimy robić sobie przerwy, są tłumy, co jeszcze potęguje upał.
W sektorach 2, 3 i 1 oglądamy wykopaliska z góry. Strażnicy kierują ruchem.
W sektorze 1 już w ogóle wędrujemy w ścisku. Z barierek kapie woda. Dobrze, że jest tu klimatyzacja. Jesteśmy zaskoczeni, że oglądamy armię z góry. Mam teleobiektyw, to mnie ratuje, mogę robić zbliżenia.
„W środku można oglądać cały pułk piechoty, liczący 3210 żołnierzy, w tym 200 łuczników i kuszników. Zostali oni wyposażeni w broń z drewna lub brązu. Każda z postaci jest unikalna, różnią się rysami twarzy. Posągi były ustawione w tunelach zabezpieczonych drewnem. Niestety z upływem lat tunele się zapadły i wszystko pochłonął piach.”
Ogrom wykopalisk jest niewyobrażalny. Jeśli czegoś nie ma – jest w Chinach.
Dobrze, że mamy czas, suniemy powoli, oglądamy każdy kwartał, każde stanowisko. Chińczycy są z dziećmi, z przewodnikami, w grupkach lub indywidualnie. Widać, że to dla nich ważne miejsce, które chcą pokazać młodszym pokoleniom. Cudzoziemców za to niewielu.
Po wizycie w sektorze 1, największym, czas na przerwę i lunch. Jest tu mnóstwo kramów, a cały kompleks, ulokowany w parku, z widokiem na piękne góry, syci różne zmysły. Zamawiamy po zupie, by mieć siły na mauzoleum.
„Posągi nie zawsze były w takim kolorze jak obecnie. Kiedyś mieniły się kolorami, lecz chwilę po odkopaniu na skutek reakcji chemicznych, wyblakły. Dlatego też między innymi, archeolodzy nie odkopali jeszcze znajdującego się nieopodal grobowca cesarza.”
Znajduje się on 1,5 km od stanowisk archeologicznych i można do niego dojechać darmowym autobusem udostępnionym przez park. Jest tam wzgórze, które jest piramidą i grobowcem, otoczonym parkiem.
Szukamy, gdzie te autobusy. Pytamy ludzi, też strażników. Każdy gdzieś kieruje. Błądzimy.
Jest 38 stopni Celsjusza – odczuwalna temperatura – 46.
Ostatecznie, nie docieramy do mauzoleum, bo – źle kierowani – wychodzimy finalnie na zewnątrz całego kompleksu i już nie możemy wejść (mieliśmy okienko na wejście między 11.30 a 12.30, a jest już po 17.00).
Widzimy wzgórze jedynie z daleka. Kolejnym razem😊 W końcu mamy po co wrócić…
Zatem do hotelu. Zamawiamy taxi. Podjeżdża za chwil kilka.
37 km i 47 minut jazdy. 100 juanów, czyli 50 zł.
Chwila odświeżenia i na kolację. Wstępujemy do Decathlonu po buty dla mnie, przewiewne na ten klimat (mam bardziej zabudowane, a po Indiach już mają swoją historię😉). Płacimy 249 juanów. Biorę jeszcze cienki kapelusz i ruszamy na kolację.
Kolacja w małej uliczce z lampionami, w knajpce z grillem na zewnątrz.
Imieninowa😊
Wracamy i spanie. Jutro pobudka o 6.00.































Komentarze(0):