29.01.2026

„Kiedy zobaczyłem, że w Indiach miliony nie mają butów,
odezwało się we mnie jakieś uczucie wspólnoty, pobratymstwa z tymi ludźmi,
a czasem nawet ogarniał mnie nastrój, jaki odczuwamy, wracając do domu dzieciństwa.”
Ryszard Kapuściński
1 grudnia 2025 (poniedziałek)
Co nas dziś czeka?
- Ciąg dalszy przyjmowania żony przez lokalną wspólnotę w domu męża. W gronie kobiet: śpiewy, tańce, rytuały przyjmowania, prezenty.
Wtorek:
- Brat panny młodej przyjeżdża do domu pana młodego i zabiera ją do rodzinnego domu, już w nowej roli.
- Przyjęcie panny młodej w nowej roli w rodzinnym domu i społeczności.
Środa:
- Pan młody jedzie do rodzinnego domu panny młodej. Przyjęcie pana młodego i pary młodej w domu jej rodziców i w społeczności lokalnej. Rytuały, obdarowywanie prezentami.
- Powrót pary młodej do domu pana młodego.
Pobudka o 10.00.
Pakowanie.
Przed 12.00 Arun przywozi nam do hotelu śniadanie. Samosa z czajem. Pycha.
Potem dołącza Chantanu. Już jako mąż😊 Rozmawiamy o hinduskich zwyczajach i uroczystości, której jesteśmy udziałem.
Dziś jedziemy do domu Saumya i Chantanu między 14.00 a 15.00.
Popołudniu ostatnie wydarzenia weselne. Ciąg dalszy przyjmowania panny młodej w społeczności lokalnej.
To głównie impreza dla kobiet, które gromadzą się na matach wokół młodej żony. Jest liderka, która śpiewa, gra na instrumentach i prowadzi. Śpiewy i tańce. Błogosławieństwa. Śmiechy, zabawy i żarty. Znów piękne kreacje. Unikatowe wzory i kolory sari. Znów prezenty.
Siedzimy razem, wspólnotowo. Nieznajomość języka nie stanowi problemu.
Po raz kolejny się o tym przekonuję. Podobnie, jak w Kambodży i Chinach.
Porozumienie serc.
I mnie namawiają do tańca😊
Panowie na zewnątrz, zanurzeni w rozmowach.
Nasze rytuały trwają 3-4 godziny.
Tymczasem na zewnątrz, w namiocie kucharze szykują kolację.
Znów delicje. Moje ulubione.
Uczta trwa do 22.00.
Dziś w nocy, o 1.12, czeka nas podróż pociągiem do Delhi. Z Arunem.
Na miejscu jesteśmy o 6.00 i zatrzymujemy się w domu Chantanu. Mamy wtorek i środę na zwiedzanie, zakupy i wizytę u Atula.
W czwartek wielki odlot do Polski.
Saumya z córką zostają w domu u rodziców, by posprzątać wszystko po imprezie. W tym czasie Arun będzie szukać mieszkania dla nich w stolicy.
Czas wracać do hotelu po bagaże, czas się żegnać…
Kiedy się znów zobaczymy…?
Przejmujące pożegnania, łzy i uściski.
Na odchodnym dostajemy piękne podarki.
Do zobaczenia, Przyjaciele!
Dobrze, że w pociągu mamy miejsca leżące, bo w tym smutku natychmiast usypiamy.
2 grudnia 2025 (wtorek)
5.55 wysiadka punktualnie w New Delhi.
Idziemy na metro.
Kosmiczne tłumy, bo równocześnie wjechały na jeden peron dwa pociągi.
Ruchome schody. Ścisk, tłum napiera.
Śpimy wszyscy w pociągu do samego końca.
Smog szczypie w oczy, gardło i nos. Oblepia skórę. W ustach zgrzyt.
6.45 ruszamy metrem.
7.45 docieramy do domu Chantanu.
Kawa i śpimy do 13.00.
Przychodzi zamówiona pani kucharka i robi nam pyszny lunch.
14.00 ruszamy po chusteczki do apteki, słodycze dla Atula i taxi jedziemy na stację metra.
Po godzinie jesteśmy na miejscu, czyli nad rzeką Yamuna, głównym dopływem Gangesu.
Mamy tu zakusy na fotografię ptaków.
40 minut i jesteśmy nad wodą, przechodząc przez świątynne włości.
W Wikipedii czytam, że ta rzeka jest świętą w hinduizmie, czczoną jako bogini.
Jak tu pięknie! Choć po drugiej stronie widzimy, w oddali, wysokie kominy, do których, w pewnym momencie, „wpada” słońce. Ciekawie😊
Są kormorany, czaple, ibisy, samotniki, dławigady indyjskie i zimorodki!!!
Są i drapieżniki.
Zaraz zmrok.
W drodze powrotnej trafiamy na drzewie dudka😊
Metro i wysiadka z miejsca, skąd o 18.30 odbiera nas brat Aruna, Atul.
Jeszcze czaj na stacji😊
A teraz ruszamy w gości😊 Jakże intensywny czas!
Niestety, w korku przez kolejną godzinę, bo zamknęli drogę i trzeba jechać objazdem.
Cudny czas w gościach. Atul z żoną i dziećmi oraz jego szwagier z żoną, dziećmi i teściową. Mieszkają po sąsiedzku, więc wszyscy razem, w bliskości i zażyłości.
Gdy babcia też na miejscu, a rodzice w pracy – same korzyści😊
Nie wymienię potraw, którymi zostajemy uraczeni. Najpierw słodycze i czaj. W tym kanapka słodko-słona. Bardzo ciekawa.
Potem paratha, ile wlezie😉, 2 rodzaje słonych potraw, pikle z mango na słono i mój ulubiony kefir.
Na koniec kawa z mlekiem na słodko i ciasto z marchewki i mąki z cieciorki.
Ledwo dyszymy😊
Jest gwarno, wesoło, ciekawie i serdecznie. Rozmawiamy o naszych kulturach, edukacji (w gronie jest piątka nauczycieli!).
Zostajemy zaproszeni na noc, ale nie damy rady, nie jesteśmy przygotowani.
Wychodzimy o 23.00, choć chce się jeszcze zostać.
Do następnego…do wkrótce😊
Uber wiezie nas do domu, 55 km za 28 zł😊
Podróż trwa godzinę.
W trakcie – przerwa na tankowanie gazu.
W domu jesteśmy po 1.00.
Padamy.
3 grudnia 2025 (środa)
Pobudka przed 9.00. Śpię jak zabita. Leniwy poranek z kawą. Oglądamy zrobione zdjęcia.
W łazience przy oknie uwiły sobie gniazdo gołębie. Są dwa młode, już opierzone. Gwar, bo ciągle są karmione.
Pani kucharka zamówiona na 10.00, przychodzi o 12.00.
Przygotuje nam parathy i ziemniaki z kalafiorem, cebulą i przyprawami. Koniecznie kefir. Pycha!
Na zewnątrz słońce i 14 stopni. Jakość powietrza niebezpieczna. Jak to o tej porze w Delhi.
13.40 ruszamy na miasto.
Po drodze mijamy stoiska krawieckie.
Kurz unosi się w powietrzu.
Żadnych szczurów, tylko wiewiórki.
Kilka straganów, ale nie znajdujemy nic ciekawego.
Kawa w kawiarni i wracamy.
O 19.00 wraca Arun z pracy.
19.30 jedziemy do Vegas (dom handlowy) na zakupy.
Tu już ciekawsze przybytki. Bierzemy narzutę na kanapę i kilka suwenirów.
21.00 siadamy na naszą ostatnią wieczerzę z Arunem.
Bierzemy napój mango lassi, cieciorkę ze świeżą cebulą, bhatura (rodzaj chleba) i pizzę z chleba naan.
Każdy z nas czuje ciężar pożegnania.
Kładziemy się przed północą.
4 grudnia (czwartek) 2025
Pobudka po 3 godzinach spania, o 2.50.
Już wcześniej spakowani, pijemy tylko kawę.
Taxi czeka.
O 4.00 jesteśmy na lotnisku.
Arun odprowadza nas do ostatnich drzwi.
Do zobaczenia, Przyjacielu!
4.50 już po kontroli.
O 7.00 wpuszczają nas na pokład.
Krystyna Czubówna znów w roli instruktorki.
Ruszamy przed 9.00, bo są jakieś opóźnienia.
Słońce już wysoko. 12 stopni na zewnątrz.
Oglądam polski film „Utrata równowagi”.
Po godzinie podają śniadanie. W Polsce jest 5.30.
Do lądowania jeszcze 6 godzin i 12 minut.
Oglądam „Twisters”. Jesteśmy nad Turcją. 3 godziny do celu.
Jeszcze Bułgaria, Rumunia, Węgry, Słowacja i Polska.
11.15 zaczynamy lądowanie.
Pogoda dobra. W Warszawie 4 stopnie.
Lądujemy 11.45 czasu polskiego, 16.15 czasu indyjskiego.
13.20 ruszamy autem do domu, w trybie nie-spiesznym.
18.30 jesteśmy w domu.
O 21.00 padamy, a we mnie żywy wspomnień czar i słowa Pauliny Wilk:
„Nie ma jednego hinduizmu, jednych Indii. Jest wielość pozbawiona najwyższej reguły.”
I z tą wielością zostaję… do następnego!




















Komentarze(0):